O autorze
Nie może napluć rzeczywistości w mordę, więc stara się chociaż kopnąć ją w kolano. Jeżeli nie pisze, albo nie gada, to znaczy, że je albo śpi.

Moc absurdalnie sprzecznych skrajności, które klej z poczucia humoru i sarkazmu w kupie trzyma.

Pisze też na www.mamwatpliwosc.blog.pl
Fanpage na FB: Mam wątpliwość

______________
e-mail: radomska_to@op.pl

Przygody Radomskiej- czyli co tam Panie u dietetyka?

Radomskie Inspiracje
Radomskie Inspiracje kwejk.pl
Wróćmy na moment do tematu dbałości o ciało, czyli sytuacji, kiedy opona na brzuchu spokojnie mogłaby zastąpić koło zapasowe samochodu terenowego, wylewność nadal nie jest tylko zacną cechą charakteru, ale i biustu, którego stary stanik nie jest już w stanie ujarzmić.

Podsycana przez wizyty nienawiść dla ludzi ładnych i jędrnych, którym się w życiu udało, sprawia, że już kilka tygodni mam stan podgorączkowy i jadę na antybiotyku. Aby uniknąć wrzodów, odkrywam w sobie psychoterapeutę i dochodzę do wniosku, że dbając o ciało nie mogę krzywdzić swojej wrażliwej psychiki i kontynuuję poszukiwania aktywności sportowej, która sprawi, że nie będę chciała, niczym Brevik, opracować planu wystrzelenia tej części populacji, która mi nie odpowiada.

Podatna na wpływ reklamy i kolorowych pism stwierdzam, że nawet ja mogę biegać. I naprawdę, kiedy zupełnie nikt nie widzi, nie pada i masa innych kataklizmów nie stanowi wyzwania dla mojej konsekwencji i samozaparcia, daję radę. Daję radę coraz lepiej i zaczynam trochę kozaczyć, wyobrażając sobie, że w swoich trampkach za 15 złotych reklamuję jak Mucha buty modelujące tyłek – co zostaje wyrażone poprzez to, iż biegam z uśmiechem i umalowanymi rzęsami i zdarza mi się machać do mijanych samochodów i cmentarza. Biegając bez kondycji z wadą wzroku o zmroku (tak, wiem, rym, każdy ma w sobie coś z Mezo) wyglądając dokładnie tak, jak wtedy kiedy biegam bez kondycji z wadą wzroku o zmroku.

Na próżno można liczyć na napotkanie jakiegoś zdesperowanego nawet gwałciciela czy złodzieja, bo rzezimieszków skutecznie odstraszają jęki i głośne, dzikie sapanie oraz śpiewanie refrenów piosenek znajdujących się na odtwarzaczu. Na moją pomyłkę czyhają jednak nierówne płyty chodnikowe i kamienie. Biegnę zwinnie jak sarenka, kiedy tu nagle jeb, bach,łubudub i już wiem...

Gdyby był to (niekoniecznie) amerykański film, zrobiłam smutną minę zagubionej kaczuszki, a jakiś seksowny, umięśniony biegacz pomógłby mi wstać, wziął na ręcę, zaniósł do domu, posadził na kuchennym blacie, zdjął… ekhm… Ale nie jest, a ja nie jestem Jessicą Simpson. Jestem Radomska, więc rzucając kurwami doczłapuję się z popsutym biodrem do domu samodzielnie i w dupie mam taki feminizm. A kiedy po przerwie, kolejnych próbach, nie mogę biegać, chodzić, leżeć, ani stać, nadal stwierdzam, że dam radę i … wybieram basen.

Basen jest naprawdę spoko. Dziecięcy mocz, chlor i ludzki pot, ma o dziwo zbawienny wpływ na moją cerę, pływam bez okularów, więc czuję się jak wtedy, kiedy grałam w przedszkolu w ciuciubabkę i szczerze wierzę, że to, iż nie widzę nikogo, działa także w drugą stronę. Trochę mnie wkurwia to mycie, suszenie, widok nagich ludzi, którzy uważają, że szatnia to strata czasu, fakt, że ktoś kradnie mi szampon, ale nic co lekkie nie przynosi satysfakcji, więc godnie znoszę nieudogodnienia. Niezmordowanie, po kilka razy w tygodniu.

Zaoferowana wyborem nowego kostiumu, gdyż w starym chlor już mi dupę wyżarł, pakowaniem sportowej torby i oswojona z zapachem chloru przypominam sobie, że nie miałam być wysportowana, a szczupła, więc po 2 miesiącach wchodzę na wagę.
Jasne, brak jakichkolwiek zmian oznacza, iż inteligencja i poczucie humoru ważą tyle samo, a jak po anabolikach niczym drożdże pączkują mi mięśnie. Mimo wszystko, postanawiam zasięgnąć porady tak modnego ostatnimi czasy lekarza, jakim jest dietetyk

DIETETYK

Dietetyk ma swoją siedzibę w fabryce specjalistów zwanej przychodnią zdrowia. Jest to fabryka specjalistów miłych, więc nie muszę wyjaśniać, że za takie odwiedziny słono płacisz. Równowartość kilkudziesięciu batonów tudzież kilku paczek papierosów. Używając tak pobudzającego Twoją i moją wyobraźnię przykładu, staram się, Ciebie, ale bardziej siebie przekonać, że tak należy, że dobrze i warto. Niestety kończy się to na tym, że śliniąc się jak pies Pawłowa wizualizuję sobie tą górę czekolady i smutnieję.

Siedzę dokładnie naprzeciwko kolejki ciężarnych pań oczekujących na wizytę u specjalisty. Po 30 minutach obserwania sapań, ciężkich oddechów, masowania łydek i łapania się za brzuch, łapię się na tym, że robię dokładnie tak samo. Potem słucham dyskusji o zbliżających się poroduniach, dzidziuniach, buciczkach, opuchnieniuniach, żylaczkach i, choć nigdy nie chciałam mieć dzieci, poddana ciążowe presji, z nutą żalu przyznaje, że moja ciąża jest tylko spożywcza i czekam na wizytę u innego specjalisty.

Dla odmiany przysłuchuję się rozmowom trwającym w innych kolejkach, a także dzikie awantury spowodowane prośbami o wejście bez kolejki „tylko po receptę”. Nawet honorowy krwiodawca z legitymacją rencisty, kombatanta, w ciąży, z niemowlęciem na rękach i bez wyczuwalnego tętna nie dałby radę przebić się przez ścianę argumentów emerytów, że BYLI PIERWSI I MAJĄ NUMEREK. Poza tym, na podstawie autorskich porad domorosłych znachorów, jeszcze przed przekroczeniem drzwi do jakiegokolwiek specjalisty, diagnozuję u siebie trądzik, udar, niedowład kończyn i … w końcu , ledwo uchodząc z życiem, wchodzę do gabinetu dietetyka.

Na moje nieszczęście Pan dietetyk jest młody i przystojny, ale bryluję jak mogę, opowiadając o zaparciach i słabościach do makaronu i słodyczy. Zaśmiewamy się, że hoho, w międzyczasie dowiaduję się, że wskaźnik BMI uważa, że jestem odrobinę za niska. Dostaję do łapki coś przypominającego dżojstik do gry w FIFĘ, który zamiast sprawić frajdę, wprawia mnie w zdumienie, informując, ile, poza inteligencją, humorem, masą mięśni, tłuszczu się we mnie mieści.

Pan dietetyk mówi, że nie ma powodów do zmartwień i że uszy do góry. Opowiadam mu fascynującą historię o tym, jak się odżywiam, dostrzegam na jego twarzy rumieńce świadczące o głębokiej fascynacji („serek wiejski, o tak, niech mówi Pani dalej, tak strasznie mnie to podnieca…!”), prawie drapie za uchem i daje ciastko, za to, że nie słodzę kawy i herbaty.

Nie przestaje się uśmiechać i być miły, więc zaczynam czuć się jak na udanej randce, zatem kompletnie nie mam pojęcia jak się zachować. Potem kiedy prężę się dumna jak pierwszoklasista na pasowaniu na ucznia, zadziornie przeczesując seksownie mokrą od potu grzywkę recytując ilość wchłanianych jogurtów, wiejskich serków i niskotłuszczowego mleka, dowiaduję się, że prawdodobnie nie toleruję nabiału i jestem kretynką.

Pan dietetyk przejmuje pałeczkę i mówi, że wszystko gra, musimy zmienić parę drobiazgów, rozpiszemy diety, wszystko tak jak i kiedy lubię ( nie uśmiecham się, bo przykro mi, że mówiąc „jak i kiedy lubię” ma na myśli tylko jedzenie. Pytam nieśmiało czy schudnę, słyszę, jak wtedy, kiedy pytałam mamy czy jestem ładna, że najważniejsze bym zdrowa była.

Poleca jeszcze kilka suplementów (= równowartość 10 paczek papierosów) oraz zrobienie testu na nietolerancję żywieniową, abym za równowartość 100 kg Michałków w białej czekoladzie, mogła się dowiedzieć, że jak wpieprzam za dużo słodyczy i chleba, to tyję.

Długopisem na kartce rysuje mi co i kiedy, w jakich porcjach mam żreć, a ja wpadam w panikę, bo po prostu nie wiem, jak będąc taką Ociupinką Okruszynką wszystko w siebie zmieszczę. Pan dietetyk we mnie mocno wierzy, obiecuje wysłać plan diety drogą mailową i poleca się na przyszłość o każdej porze dnia i nocy. Wyobraźnia znów sprawiła, że zwizualizowałam sobie, w czym tak naprawdę pan dietetyk mógłby być w dzień i w nocy pomocny, więc zmieszana własną niepoprawnością, wychodzę szybko, sprawnie, jak zawsze ciut niezdarnie i grzecznie.

Wieczorem, z zakasynymi rękawami, upocona robieniem dietetycznych zakupów i dźwiganiem siatek z nimi w wyobraźni, dostaję obiecanego maila.
I nagle miejsce euforii zajmuje rozgoryczenie. „prawie wszystko” o każdej porze, jakimś cudem zamieniło się w masę rzeczy, których nie lubię z kromką pełnoziarnistego chleba, serwowane na małym talerzyku i naparstku co kilka bardzo długich godzin…

I skoro zrobiłam już tyle kroków, zaliczyłam siłownię (niestety nie trenera;( ) , bieganie, basen, dietetyka, to mogłabym przecież pójść o krok dalej i odwiedzić psychiatrę, który za odpowiednią kwotę karze mi pieprznąć to wszystko i robić coś, co sprawia, że jestem szczęśliwa.

Ale ja lubię wyzwania, więc Radomska will play this game.Pozostanie mi zawsze jeszcze sprzedaż organów wewnętrznych, amputacja kończyn, w akcie desperacji – piersi..

DIET IS „DIE” WITH A „T”
-Garfield -

______________________________

Fanpejdż na FB: Mam wątpliwość
Trwa ładowanie komentarzy...