O autorze
Nie może napluć rzeczywistości w mordę, więc stara się chociaż kopnąć ją w kolano. Jeżeli nie pisze, albo nie gada, to znaczy, że je albo śpi.

Moc absurdalnie sprzecznych skrajności, które klej z poczucia humoru i sarkazmu w kupie trzyma.

Pisze też na www.mamwatpliwosc.blog.pl
Fanpage na FB: Mam wątpliwość

______________
e-mail: radomska_to@op.pl

Moda na zaje*****ść

Radosna twórczość
Radosna twórczość Głowa Radomska
Czasopisma dla pań i domorośli coucherzy usilnie próbują mnie przekonać, że kluczem do sukcesu jest wysoka samoocena i pewność siebie. Niepewnym siebie szarym myszkom grozi ponoć nieuchronnie, że będą rozstawiani po kątach i popychani w dzikim, pewnym siebie i asertywnym tłumie. Im więcej jednak jednostek, kreujących się tudzież ukształtowanych, na modłę naszych czasów spotykam, tym większej pewności nabieram, że i owszem, absolutnie nigdy ich nie popchnę, ale któregoś, pięknego dnia, najzwyczajniej po prostu kopnę w dupę.

Jestem już mocno zmęczona tą modą na zajebistość i wysokie mniemanie o sobie, które nawet najbardziej zajebistej osobie odbiera w moich oczach cały urok. Nawet głupia wizyta w galerii handlowej sprawia, że mam ochotę zamknąć się na tydzień w bunkrze i robić sobie okłady ze szczurów, byleby tylko poobcować z czymś empatycznym i odciąć się od rasy ludzkiej.

Sieciówka- śmieciówka...


Wchodzisz sobie, dajmy na to, do takiej Zary, a wychudzone Panie, mimo swoich skromnych 160 cm wzrostu, patrzą na Ciebie tak bardzo z góry, że automatycznie zaczynasz się czuć jak niepełnowartościowy karakan. Z tym łoki toki w dłoniach, przejęte funkcją strzeżenia porządku i Teksasu jak pierwszą miesiączką, mierzą Cię pełnym pogardy wzrokiem, wyrażającym niechęć wobec tego, jak wyglądasz, jak chodzisz, a pewnie i tego, że w czwartek klasie podstawówki miałeś z wf-u czwórkę i tak późno zacząłeś nosić stanik. Te ich tabliczki z imionami na cycku, to chyba ktoś przykleił im tylko po to, żeby przypomnieć Ci, że też są ludźmi, więc nie wypada ich skopać za niesubordynację jak popsuty bankomat.

Może gdyby Radomska odwiedzała takie sklepy obwieszona rodową, cygańską biżuterią, miałaby szansę na „dzień dobry” nie brzmiące jak powitanie z kimś, kogo z wyraźną niechęcią dostrzega się w swoim łóżku po ciężkiej nocy. Tymczasem z każdą próbą uzyskania informacji na temat koloru/ rozmiaru, czuję, jak się pogrążam, jak przeszkadzam, jak bardzo jestem niemile widziana i zabawna z tą swoją wiarą, że w takim sklepie znajdę coś dla siebie.

Wychodzę stamtąd z poczuciem niesmaku, wcale nie wynikającego z faktu, że żałosna koszulinka, która zwróciła moją uwagę, produkowana za ziarnko ryżu przez małe chińskie rączki w chińskich rozmiarach, kosztowała tyle, co cztery metry kwadratowe jedwabiu tkanego przez boliwijskie dziewice. To nie wina chińczyków, że produkują ubrania dla płaskich jedenastolatek i z tym powoli się godzę, bo gdyby otaczał mnie milion azjatyckich krasnali, a mój świat ograniczał się do pracy fizycznej na rzecz niewdzięcznych Europejczyków, to też pewnie ciężko byłoby mi sobie wyobrazić, że istnieją ludzie wyżsi od niekoszonej przez miesiąc trawy.

Do Chińczyków nic nie mam (do Ukrainek, ani żadnej nacji również nie, jestem do obrzygania poprawna politycznie przecież!) – ale do chamstwa bez kropli wdzięku, już tak. Gdybym mogła wpakować tym ekspedientkom ich własne chamstwo w ich własne dupy, to pewnie stałyby się opasłe jak morsy i żywiły jedynie powietrzem, nienawiścią i gorzką czekoladą.

Ja rozumiem, naprawdę bardzo, że taka praca nie należy do najprzyjemniejszych, nie każdego chce się lubić i nie każdemu ma się ochotę powiedzieć „dzień dobry”. Bo Radomska w swoim CV i sprzedawanie ubrań posiada, serwowanie żarcia także, więc zna dokładnie do uczucie, kiedy chce się klientowi wieszak, tudzież talerz, w mordę wsadzić i kazać się wypchać (ale tylko wówczas, kiedy naprawdę zasłużył). Jednak taka praca to wybór, pracownika i pracodawcy, który zanim obdarzy jakąś młodą, dziarską damę zaszczytem zarabiania najniższej krajowej, mógłby zastanowić się, czy szanowna kandydatka nie spisałaby się lepiej, wypasając bydło. Mogła by tym samym przecież spędzać więcej czasu wśród swoich.

W wielkim świecie - hipermarkecie...


Zupełnie na odwrót rzecz ma się w hipermarkecie. Tam praca jest od występów w butiku o wiele gorsza, płaca niższa, uniform nieporównywalnie brzydszy. Na piersiach, zwykle brutalnie ściąganych w dół przez upływający czas i grawitację, kasjerek również znaleźć można tabliczkę z imieniem. Nie oznacza ona ponownie, że klient ma się z taką Krystyną czy Zofią, zaprzyjaźnić. Tak jak w przypadku pań sprzedających w markowych sklepach, ma za zadanie przypominać, że mamy do czynienia z żywym człowiekiem, tylko motywacje takiego zabiegu są nieco inne. To taka drobna wskazówka, klucz do zagadki, krótkiego savoir vivre, którego każda człekokształtna istota wychodząca do innych ludzi, powinna się trzymać. Zatem:

-Nie drzemy mordy na osoby, które po przez siedem dni w tygodniu mordują swoje kręgosłupy w czasie nieustannych poszukiwań kreskowych kodów i wydawania reszty tylko dlatego, że wpadliśmy na pomysł robienia zakupów, zupełnie oryginalnie, zaraz po pracy i w piątek i dziwimy się, że musimy stać w kilometrowych kolejkach

-nie odzywamy się chamsko do Pani, która zarabia tyle, ile taki zwykle drżący się cham płaci za parę butów z logo krokodylka. Zanim ktokolwiek zacznie się domagać zwiększenia tempa, a zarazem wydajności marketowych męczenników, niech lepiej poukłada koszyki i spróbuje dla zabawy ukraść batonik, żeby w końcu poczuć przypływ prawdziwej adrenaliny, dreszcz podniecenia i skupić się na sobie. CI marketowi męczennicy to naprawdę nie idioci – żaden normalny człowiek nie będzie zapieprzał za dwóch, za taka pensję, bo zaowocuje to zwolnieniem jego kolegi, który w oczach pracodawcy okaże się zbędny, wycieńczeniem organizmu i, o ironio, opieprzem przez klienta mimo wszystko, chociażby za to, że foliówka kosztuje 8 groszy, jak gdyby był to wymierzony podstępnie przez kasjerkę-lisicę atak i sposób na ograniczenie swobód obywatelskich klienta

-nie udajemy, że nie widzimy matek z dziećmi, bo to zachowanie nie tyle niegrzeczne, co nieroztropne. Jednak jeśli nie pojęła tego jeszcze jakaś bystra głowa, to życzę jej upojnych kwadransów spędzanych w kolejce w towarzystwie rozhisteryzowanego i znudzonego dwulatka.

-nie wyżywamy się na bogu ducha winnych, innych ludziach, oskarżając ich o globalne ocieplenie i cenę niezgodną z tą, która widniała na banerze. To mniej więcej tak, jakby Twój sąsiad przyszedł o 6 rano i obił Ci mordę, tylko dlatego, że w nocy bolał go ząb i się nie wyspał. Proste.

-kiedy kasjerka wygląda na osobę z depresją, jest przygaszona, myli się wydając resztę, jest przerażona, bo ludzie są dla niej podli, a ona, jak wciąż wskazuje tabliczka na cycku, ma imię, a pewnie więc i serce oraz wyższe uczucia, NIE DOPIEPRZAMY JEJ BARDZIEJ. Polecam znalezienie dla takiej rozdartej japy przeciwnika jego pokroju, z którym poobija sobie pysk na boisku.
Cywilizowani ludzie w takiej sytuacji posługują się czymś, czego nie da się znaleźć nawet w sklepie z aplikacjami andorida, a mianowicie EMPATIĄ. Uśmiechają się, uspokajają, mówią, że też mieli straszny dzień, ale jutro jest wtorek, więc musi być lepiej. I mimo wszystko dziękują. Bo ten zasrany, nawet wymuszony uśmiech, może być jedyną miłą rzeczą, jaka się takiej kasjerce danego dnia się przydarzy. Bo każdy i to pewnie nieraz, zgubił dokumenty, klucze i wylał na siebie kawę i popisując się swoją hipokryzją i impostacją głosu, zapomina, że inni ludzie nie są w stanie wyleczyć jego własnych kompleksów i zagłuszyć jego własnych frustracji.

O tych, dla których kolejka jest wiecznie za długa, ludzie za brzydcy, a obsługa niegodna oglądania ich majestatu mogłabym długo, bo wzbudzają we mnie większe emocje niż Ronaldo u homoseksualistów. A przecież, tak między Bogiem a prawdą, cała ta różnica między jedną a drugą stroną lady sprowadza się tylko do metek na ubraniach, wysokości wypłaty i faktu, że ten niewdzięczny pajac przy kasie nie docenia tego, że dzięki Pani tyrającej za 4,50 na godzinę kasjerce, może robić zakupy w niedzielę. Kiedyś zbiorę w sobie te skrawki asertywności, której niestety nie posiadam, strącę niejedną marketową księżną z piedestału, przypominając, że na stałe w dzisiejszych czasach to są zęby, a nie pozycja społeczna i komfortowa życiowa sytuacja. Kiedyś na pewno.

"Życzliwi"


Ale hipermarket i Zara to przecież nie koniec przygód znajdujących się na liście pewniaków wchodzących w skład rozrywek dostępnych w centrum handlowym.W takiej galerii handlowej nietrudno też wpaść na osoby, których widzieć nie chcesz i których unikasz nawet we własnych myślach. Tacy, którzy myślą, że jak powiedzą Ci, że przytyłeś, to nagle sami zrobią się szczuplejsi i jak się dowiedzą, że jesteś sam, to nagle poczują się we własnych związkach szczęśliwsi i bardziej spełnieni. Niezmordowanych auto-PR-owców, którzy o pracy jako sprzedawca sznurówek w przejściu podziemnym, będą opowiadać z taką pasją, jakby zajmowali się co najmniej trzymaniem włosów Angeliny Jolie, kiedy ta pochyla się nad problemami Trzeciego Świata.

Przecież wiadomo, że gówno ich obchodzisz, ewentualnie sprawisz odrobinę radości, jeśli będą mogli poczuć się dzięki Tobie lepsi, a ta historia, którą Ci opowiadają, a w którą i tak nie wierzysz, jest po prostu najpewniej tą, którą sami woleli by łykać zamiast tych licznych antydepresantów…

Jako czystej postaci ekstrawertyk przyznaję, że jedna wizyta w galerii handlowej, jedno spotkanie z energetycznym wampirem sprawiają, że nawet ja mam ochotę na wynajęcie skromnej izolatki z kratami w oknach. Jeśli jeszcze przyjdzie mi na myśl zakupić kota, ktoś musi zainterweniować.

Nie uważam, że wszyscy powinni być dla siebie mili jak troskliwe misie, ale po prostu chciałabym wierzyć, że gdzieś tam pomiędzy kreowaniem się na madafakę, a robieniem z siebie życiowej pipy, jest jakiś kompromis, który naprawdę ułatwiłby ludziom życie.

****
Powoli dociera do mnie dlaczego prawdopodobnie nigdy nie znajdę stałej, etatowej pracy. Nie tylko dlatego, że etat staję się dziś reliktem przeszłości. Nie tylko dlatego, że kiepsko wyglądam w ołówkowej spódnicy i oblewam matematyczne testy w korporacjach. Po prostu mdli mnie, kiedy tylko mam napisać własny list motywacyjny, w którym powinnam przekonać pracodawcę, że nawet oddycham lepiej niż ktokolwiek inny. Nie umiałabym też usiąść naprzeciwko swojego potencjalnego szefa i dawać mu każdym zdaniem do zrozumienia, że jestem tak fantastyczna, że nieprzyjęcie mnie, nie będzie utratą mojej, ale jego szansy.

Ten sam problem mam także z oceną zachowań innych blogerów, czy, odwołując się do głośnego przykładu, dziennikarzy pokroju Wojewódzkiego. Nie kumam, jak w pracy, dla której wykonywania kluczem jest sympatia odbiorców, można się obnosić z poczuciem wyższości i nie tylko traktować, a nawet uważać swoich odbiorców za debili. Bo przecież wystarczy zbiorowy foch urażonych chamstwem fanów i nie będzie ani zajebistych statystyk, ani nowego ferrari…

Czy tylko ja uważam, że mówienie o swojej fantastyczności i obnoszenie się z poczuciem własnej wyższości sprawia, że ta zajebistość maleje jak siusiak w zimnej wodzie?

Niestety moda na zaj*****ść i wywyższanie się, stała się już chyba wszechobecna. Wiem, że mimo nie złych, ewentualnie trochę złośliwych intencji, sama jestem odbierana jako żałosny hejter, co szczekaniem rekompensuje sobie własne niedostatki i leczy osobiste kompleksy. Być może jest w tym odrobina prawdy, ale Bozia mi świadkiem, że nawet dla tej pani w Zarze umiem być miła, a ta magiczna liczba 808 fanów na fb sprawia, że gdyby nie grube i ciężkie okulary, to pewnie unosiłabym się z radości w powietrzu.

___________________________________________________
Zapraszam na FB: Mam wątpliwość
Trwa ładowanie komentarzy...