O autorze
Nie może napluć rzeczywistości w mordę, więc stara się chociaż kopnąć ją w kolano. Jeżeli nie pisze, albo nie gada, to znaczy, że je albo śpi.

Moc absurdalnie sprzecznych skrajności, które klej z poczucia humoru i sarkazmu w kupie trzyma.

Pisze też na www.mamwatpliwosc.blog.pl
Fanpage na FB: Mam wątpliwość

______________
e-mail: radomska_to@op.pl

Radomska w TV!

Głowa Radomska
Dzielę się z Wami, Drodzy Państwo, informacją, że jakiś uroczy i niezrównoważony człowiek uznał mnie za blogerkę nie tylko charakterystyczną, ale i poczytną i sławną. Ilość absurdów i oczekiwania wobec mojej Radomskiej osoby sprawiają, że miałabym ochotę go przytulić. Jadę do Warszawy, zasiąść obok Anny Muchy i Zbigniewa Hołdysa pogadać o blogowaniu. Przeszło mi przez moment przez myśl, że może rzeczywiście ktoś ważny z telewizji lubi mnie czytać, ale bardziej przemawia do mnie pomysł, że jest im potrzebna jakaś jasna, dorodna plama, absorbująca blask Ani i Zbyszka, co by się widzom te dwie gwiazdy nie zlewały w telewizorach.

Kiedy odebrałam e-mail z telewizyjną propozycją, pomyślałam, że to stalker Groupon wychodzi poza schemat nękania mnie e-mailami, które moja skrzynka automatycznie w trosce o moje nerwy uznaje za spam. Przyszło mi też do głowy, że to kolejny zajebisty kredyt, wycieczka lub ostatecznie wyrafinowany dowcip znajomych z mojego rodzinnego Niewiadowa, którzy z całego tego blogowania ogromną bekę mają.Otóż nie.

Dziwnej radości pomieszanej z konsternacją szybko miejsca ustąpił smutek. Bo gdzie ja, Panie do Warszawy?! No nie jestem taka palcem robiona i w kij dmuchana, występowałam przeca w lokalnej telewizji, na youtubie wisi filmik, który będzie mnie do końca życia kompromitował i służył jako przestroga, no ale…

Jak to widzę

Pan taksiarz znów oceni moją ploretariacką stylówkę mylnie i weźmie mnie za hipstera z Krakowa zamiast lumpa z Łodzi, skroi na chorą kwotę i pokaże Warszawę łącznie z Jankami i IKEĄ, a za tą ekscytującą wycieczkę zapłacę jak za zboże. Przy wejściu do telewizji Pan ochroniarz uzna, że z wyrazem twarzy proletariackiego autystyka i przerażeniem w oczach, na pewno przemycam przez granice miast ostre narzędzia albo trawę (wiadomo, że w tej nowoczesnej Warszawie to nawet kępki nie uraczysz) i przeszuka mnie tak, że będę się czuć jak pod suchym prysznicem, myta cudzymi rękami.

Usiądę w poczekalni, obok Anki i Hołdysa. Powiem Ani, że jaram się nią od zawsze i czytałam wszystkie jej książki. Pani wizażystka weźmie mnie w obroty na swoim kręcącym się krześle, a ja patrząc jej w oczy jak zapchlony pudel powiem, że bardzo bym chciała wyglądać dzisiaj ładnie, albo przynajmniej estetycznie. Odpowie zapewne, że nie mamy aż tyle czasu, więc nałoży mi na twarz trochę poznańskiej mąki, żeby blask mojego czoła nie przyćmił blasku elokwencji gości i prowadzących.

Potem się obsram ze strachu i stresu, bo przyjdzie mi na myśl, że może jednak ktoś, poza rodziną, nastawi ten budzik na chorą godzinę i zechce obejrzeć jak to nie umiem się zachować w miejscach publicznych i nie panuję nad mimiką twarzy. I co ja potem powiem? Że rozchorowałam się na jakąś egzotyczną chorobę? Czy może na wszelki wypadek już powinnam załatwiać sobie lewe zaświadczenie o niepoczytalności?

Anka opowie pewnie o dziecku, kocie i pisaniu bloga, jako możliwości dzielenia się samą sobą z fanami, czym mnie zgasi, bo nie mam ani dzicka ani psa. Hołda powie coś o obrzydliwej fali hejterstwa, jaka zalewa internet, czym stłamsi mnie do reszty. A ja powiem, że cześć, że jestem Radomska, że wcale nie z Łodzi, bo z Niewiadowa i skończy się czas antenowy. Po emisji Panie pewnie zostaną na chwilę na zapleczu pogadać o wielkim świecie wielkich spraw, a ja udam się do toalety, żeby odreagować i zwymiotować z wrażenia.

Zanim dowiem się z relacji znajomych i nagrania, że telewizja wcale nie dodaje kilogramów, że po prostu nadal jestem jeszcze trochę za gruba i że ta moja radiowa uroda jest co najmniej egzotyczna i interesująca, wyruszę na miasto. Bezstresowo, bez pozowania fotoreporterom i rozdawania autografów. Już jako plebejska Radomska, a nie blogerka, którą zaprosili do telewizji.

Odwiedzę największą warszawską szklarnie, zwaną potocznie Złotymi Tarasami i jak pod pomnikiem Małego Powstańca zapalę znicz, ku pamięci pomidorów, które nigdy tam nie wyrosły. Zajrzę też do Arkadii, bo słyszałam, że to jedno z nielicznych miejsc, gdzie w cywilizowanych warunkach można zjeść posiłek wśród drzew i posłuchać śpiewu ptaków, bez obaw, że się dostanie w mordę albo straci torebkę. Co do Syrenki i Starego Rynku, to moja wrodzona skromność sprawi, że wystarczy mi chyba widok z pocztówki. I tak oto zakończy się medialna przygoda. Ktoś jeszcze z ciekawości tu zajrzy, kliknie, uśmiechnie się lub skrzywi z niesmakiem. Ci bardziej ambitni wyślą mi e-mail z pogróżkami albo chociaż dodadzą plugawy komentarz i wszystko wróci do normy. Stres jest zbędny. Ostatecznie mamiąc się bajką o blogowej sławie w wyniku lawinowo rosnącej popularności odważę się w Mc Donald’s prosić o dodatkowy ketchup do frytek, kiedy to w wyniku utraty modemu * będę korzystać z jego gościny i wi-fi, aby dodać blogową aktualizację.

Nie pozostaje mi nic innego jak udać się do sklepu, w celu znalezienia nowego obuwia, co by się baletkami za trzy dyszki zakupionymi i ich odklejącą się podeszwą przy Ankowych Louboutinach nie kompromitować. Tym razem zakup będzie dokonany z rozmachem, za co najmniej 39,99 polskich złotych, żeby w telewizji wiedzieli, że mi zależy, a Anka nie czuła się tak pewnie.

I jeszcze jedno, jakby ktoś z warszawskich czytelników życzył sobie wiejską kiełbasę i jajka prosto z Łodzi zamówić, to czekam do czwartku.


Tych, którzy mają bekę, rozumiem. Ci, którzy uważają, że to sukces, niech wiedzą, że sukces jest wtedy jak mnie czytają, a nie patrzą. A Ci, którzy uważają, że to absurd, aczkolwiek zabawny – niech przybiją piąteczkę.

Pozdrawiam i mówię - do zobaczenia w piątek, TVP 2 , „Pytanie na śniadanie” około 8:40. Więcej informacji bieżących i niekoniecznie istotnych na fanpage’u bloga facebookowym bloga : Mam Wątpliwość

____________________________________________________


-• Wracając do utraty modemu – targana emocjami związanymi z telewizyjną propozycją poparzyłam łapę odcedzając taka rozemocjonowana kalafior. Nietrudno zgadnąć, że rękę poparzyłam. I usnęłam, taka sierotka, zawodząc z bólu, dłoń w misce z wodą mocząc. Przez sen nieopatrznie modem do miski strąciwszy, Internetu się pozbawiłam. Z rozpaczy poparzoną rękę planuję rozgryźć, a w misce się utopić, ale to w piątek popołudniu, po telewizji.
Trwa ładowanie komentarzy...